W dniu 28 listopada 2013r.  Rada Miejska Nowe Brzesko jednogłośnie podjęła Uchwałę, uznającą rok 2014, Rokiem Rzeczpospolitej Partyzanckiej 1944.  Również w dniu 28 listopada 2013r.  Rada Powiatu Proszowice jednogłośnie podjęła Uchwałę, uznającą rok 2014, Rokiem Rzeczpospolitej Partyzanckiej. 

          W uzasadnieniu Uchwały Rady Miejskiej napisano  - W związku z przypadającą w 2014 roku 70. Rocznicą Rzeczpospolitej Partyzanckiej Rada Miejska postanowiła uczcić obchody tej ważnej Rocznicy ogłaszając rok 2014 rokiem Rzeczpospolitej Partyzanckiej w Gminie Nowe Brzesko. Rada Miejska chcąc uczcić to wydarzenie wyraża wolę organizacji obchodów tej rocznicy w formie szeregu imprez kulturalnych i oświatowych. Celem organizacji uroczystości jest upamiętnienie wydarzeń sprzed lat.

Wraz z uchwałą radni powiatowi przyjęli harmonogram obchodów 70. rocznicy utworzenia Rzeczpospolitej Partyzanckiej w 2014 roku objętych patronatem Starosty Powiatu Proszowickiego. W harmonogramie znalazło się:

1. Objęcie przez Starostę Powiatu Proszowickiego honorowym patronatem zawodów strzeleckich LOK w Nowym Brzesku, w dniu 27 lipca 2013r. O Puchary Pamięci Rzeczpospolitej Partyzanckiej.

2. Objęcie przez Starostę Powiatu Proszowickiego honorowym patronatem uroczystości patriotyczno - sportowej " 70. rocznica utworzenia Rzeczpospolitej Partyzanckiej" w ramach której odbędzie się bieg sztafetowy ku czci gen. Bolesława Nieczui-Ostrowskiego, dowódcy 106 Dywizji Piechoty Armii Krajowej oraz rozgrywki piłki nożnej z udziałem dzieci i młodzieży z terenu Powiatu Proszowickiego oraz powiatów ościennych - wrzesień.

3. Międzypowiatowa konferencja naukowa poświęcona obchodom 70. rocznicy Rzeczpospolitej Partyzanckiej.

 

===========================================================                                                                  

Powstanie Lipcowe 1944. fragmenty książki pt. Rzeczpospolita Partyzancka

 Autor: Bolesław Nieczuja – Ostrowski 

 

ZASADZKA POD GRĘBOCINEM
 
Działając na podstawie wytycznych inspektoratu i dywizji, za zgodą dowódcy pułku, a w porozumieniu z dowódcą batalionu, dowódca 3/IV/120. Pp AK ppor. Rez. „Beteha” (Bohdan Thugutt), postanowił przeprowadzić akcję mającą na celu dozbrojenie swojego kompanijnego oddziału dyspozycyjnego.
„…W lipcu 1944r. uzbroiłem posiadaną bronią oddział dyspozycyjny trzeciej kompanii zgodnie z rozkazami przełożonych – stwierdza ppor. <<Beteha>>. Na dowódcę tego oddziału wyznaczyłem ppor. rez. lek. wet. <<Skibę>> (Tadeusz Kowal). Stan oddziału  1+19. Stan liczebny kompanii wynosił w tym czasie: I pluton ponad 60 ludzi, II i III razem około 200 ludzi. Broni: stenów i rewolwerów starczyło na uzbrojenie 11 ludzi, pozostałych 8 miało razem parę granatów i musiało tymczasem pełnić służby łączników, gońców i obserwatorów.
Grupa uzbrojona kwaterowała już w pierwszej połowie lipca, stale w pogotowiu w Nowym Brzesku w stodole żołnierza pierwszego plutonu <<Majzla>> (Lucjan Krzyk), a potem w stodole <<Brzozy>> (Wojciech Palmączyński).
Zgodnie z wytycznymi dowództwa zadaniem oddziału dyspozycyjnego kompanii było rozbrojenie posterunku niemieckiego, ale nie w mieście a w czasie spodziewanej jego ewakuacji na koncentrację posterunków. W tym czasie bowiem Niemcy mieli jeszcze znaczne siły w pobliżu i mogli wywrzeć zemstę na polskiej ludności cywilnej w razie rozpoczęcia akcji bojowej w mieście.
W skład posterunku niemieckiego w Nowym Brzesku wchodzili: wachmistrz żandarmerii niemieckiej, 10 policjantów granatowych (w tym byli trzej elewi nie umundurowani) oraz około 10 żołnierzy Wehrmachtu. Wtyczką naszą w posterunku był policjant granatowy Stanisław Krzemiński. Kilkakrotnie przygotowywana ewakuacja nie dochodziła do skutku. Alarmowany przyjeżdżałem do Nowego Brzeska i aby nie tracić czasu, przeprowadzałem nocne ćwiczenia oddziału dyspozycyjnego.
Wreszcie dnia 23 lipca o godzinie 23.00 Krzemiński zawiadomił <<Skibę>> o ewakuacji posterunku.
Z informacji wywiadowcy Stanisława Krzemińskiego wynikało, że tym razem ewakuacja posterunku nastąpi z całą pewnością w dniu 24 lipca o godzinie 6.00 rano, drogą Brzesko-Proszowice”.
Dowódca oddziału dyspozycyjnego ppor. „Skiba” postanowił przeprowadzić zasadzkę na maszerującego nieprzyjaciela przy drodze koło Grębocina. „…W nocy z 23 na 24 lipca zebrałem oddział na punkcie wyjściowym we wsi Nękanowice koło m. N. Brzesko, skąd marszem pieszym udaliśmy się – wspomina <<Skiba>> - do m. Grębocin, położonej pomiędzy N. Brzeskiem a Proszowicami.”
Ze względu na słabe uzbrojenie (sześć pistoletów typu Sten pochodzących ze zrzutów, jeden pistolet ręczny oraz kilka granatów) w akcji obok dowódcy wzięło udział zaledwie sześciu żołnierzy: z-ca dowódcy plut. „Kolba” (Tadeusz Biernacki), plut. rez. z cenz. „Turkuć” (Edward Ścisłowski), plut. rez. „Twardy” (Stanisław Peterson), strz. „Sosna” (Stanisław Koza), strz. „Zorza” (Ludwik Drąg) i strz. „Sęp” (Henryk Maćkiewicz). Oddział nie posiadał mundurów wojskowych, a jedynie opaski na cywilnych ubraniach.
Po osiągnięciu wsi Grębocin nad ranem 24 lipca dowódca oddziału dyspozycyjnego ppor. „Skiba” rozmieścił swój oddział na stanowiskach bojowych po obu stronach drogi koło gospodarstwa rolnego, wykorzystując drzewa i znajdujący się tam płot wiklinowy. Tak wspomina on przebieg akcji:
„…Koło godziny 7.00 nadjechały podwody wiozące policję. Na czele jechał na bryczce wachmistrz żandarmerii Link w towarzystwie nie umundurowanego elewa policji Boronia. Pozostali policjanci granatowi na podwodach w bliskiej odległości jedna od drugiej. Pies policyjny żandarma Linka, biegnący kilkanaście metrów przed jego bryczką, wykrył stojącego za drzewem strz. <<Zorzę>> i zaatakował go. Dwoma krótkimi seriami <<Zorza>> zabił psa, uprzedzając nieco planowane rozpoczęcie akcji. Zgodnie z planem wszyscy uzbrojeni  w <<Steny>> oddali równocześnie w powietrze po dwie krótkie serie celem zastraszenia policjantów. Żandarm uchwycił leżący w bryczce karabin, zeskoczył na ziemię i biegł w kierunku łanu zboża ostrzeliwując  się. Dosięgła go kula strz. <<Sępa>> z karabinu, który kilka sekund przedtem wręczył mu policjant Krzemiński. Granatowi policjanci nie bronili się. Złożyli na rozkaz broń i zostali puszczeni wolno. Zdobyto 10 kb <<Mauzer>>, 1 kg <<samozaradka>>, 1 pistolet <<Parabellum>>, 1 pistolet <<Steyer>> i trochę amunicji oraz akta policyjne i klika rowerów […] Elew policji Boroń […] przeszedł do oddziału dyspozycyjnego. Po zatarciu śladów walki, oddział na dwóch podwodach odskoczył do lasu Bobińskiego skąd wysłałem meldunek do d-cy kompanii w Nagorzanach. Z lasu wysłałem również gońca do Brzeska Nowego z imiennym wezwaniem 10 żołnierzy I plutonu, celem stawienia się w oddziale w związku ze zdobytą bronią”.
Na rozkaz dowódcy kompanii ppor. „Betehy”, pod wieczór tego dnia oddział ppor. „Skiby” przeszedł do mp. w majątku Nagorzany.
Walka w Grębocinie miała swoje uzasadnienie. Poprzedzał ją długi okres przygotowawczy, który pozwolił na ustalenie poprzez wywiad nie tylko siły i składu osobowego posterunku, ale także daty przybliżonej godziny ewakuacji oraz trasy marszu. Zasadzka została przygotowana zgodnie z odgórnymi wytycznymi poza miastem, i miała cechy regularnej walki z zasadzki, która dawała szanse zwycięstwa nawet stronie słabszej od przeciwnika. Korzystny dla partyzantów był fakt, że policjanci granatowi nie mieli ochoty umierać za Niemców, a wielu z nich wyraźnie sprzyjało Armii Krajowej. Także fakt, że wehrmachtowcy pozostali w Nowym Brzesku (zgodnie z rozkazem Haaslera czekali na ewakuację przez kompanię Carla), ułatwił działanie partyzantom. Oddział dyspozycyjny 3. kompanii w jakimś stopniu dozbroił się i przeszedł zaprawę bojową. Na szczególne wyróżnienie w tej akcji zasługują „Zorza” i Stanisław Krzemiński. Godna podkreślenia jest też troska dowódcy kompanii oraz dowódcy plutonu o przygotowanie oddziału do akcji.
W godzinach wieczornych, dzięki sprawnie działającej łączności alarmowej inspektoratu, do poszczególnych dowództw terenowych dotarły rozkazy o „stanie czujności”, co dla wielu z nich stało się bodźcem do dalszych wystąpień zbrojnych: tak było też i z oddziałem dyspozycyjnym 3/IV/120. pp AK.  
  
 
W GODZINACH WIECZORNYCH
 
„…W nocy z 24 na 25 VII 44r. oddział dyspozycyjny – pisze kpt. Rez. <<Skiba>> - pod dowództwem ppor. <<Betehy>> wyruszył z Nagorzan do Nowego Brzeska z zamiarem rozbrojenia Stutzpunktu Wehrmachtu.”
 
 
 
 
ZAJĘCIE NOWEGO BRZESKA      
 
W czasie kiedy od godziny trwała walka w Nowym Korczynie, oddział dyspozycyjny 3 kompanii IV/120. pp AK, tym razem pod dowództwem samego dowódcy kompanii ppor. „Betehy” (Bohdan Thugutt), podążała nocnym marszem do Nowego Brzeska z zadaniem opanowania tej miejscowości, jako ważnego punktu wojskowego. Celem akcji było zlikwidowanie znajdującego się tam pomocniczego posterunku żandarmerii niemieckiej.
„…Furmankami nagorzańskimi – wspomina <<Beteha>> - dojechaliśmy do Kolonii Hebdów, a potem marszem  ubezpieczonym wkroczyliśmy do Nowego Brzeska (o godzinie 3.00). Okazało się, że Niemcy pod osłoną nocy uciekli.
Zająłem wówczas Nowe Brzesko w imieniu Armii Polskiej oraz wydałem związane z tym faktem zarządzenia. Przede wszystkim: stały dyżur jednego z naszych żołnierzy z centrali telefonicznej, która miała, gdy Niemcy wszędzie byli dookoła (Kazimierza Wielka, Koszyce, Proszowice, Igołomia) służyć wyłącznie Armii Krajowej. Następnie zabezpieczyłem mienie tamtejszej Spółdzielni Rolniczej, jako mienie państwowe (przekazałem je 27 lipca Korpusowi Bezpieczeństwa), zarządziłem również kontrolę pojazdów i przechodzących osób podejrzanych oraz zatrzymywanie Niemców i volksdeutschów.”
Kpt. „Skiba” (Tadeusz Kowal) wówczas bezpośredni dowódca oddziału dyspozycyjnego, dodaje: „…Oddział dyspozycyjny kwaterował w stodole Wojciecha Palmączyńskiego, położonej na skraju osady, w stronę Mniszowa. Umieściłem go tam ze względu na trudność zaskoczenia i możliwość szybkiego wycofania się.”
Pod osłoną zbrojną oddziału dyspozycyjnego, który patrolował teren, „Skiba” wystawił czujki i stałych obserwatorów oraz warty wewnętrzne; cały czas trwało pogotowie żołnierzy obsługujących broń maszynową.
 
W NOWYM BRZESKU   
 
Zajęcie Nowego Brzeska przez oddział dyspozycyjny 3/IV/120. pp AK w dniu 25 lipca, a więc już po otrzymaniu z inspektoratu rozkazu o stanie czujności, miało na celu dozorowanie szosy prowadzącej do Krakowa, dla zaalarmowania na czas dowództwa pułku, które w tym czasie zajęte było czynnościami mającymi przygotować sztaby pułku i obwodu oraz podległe im jednostki bojowe do ostatecznej walki z Niemcami.
Dowódca oddziału dyspozycyjnego ppor. „Skiba” (Tadeusz Kowal) ulokował swój oddział na północnym skraju  miejscowości  co ułatwiało dowodzenie, wykluczało zaskoczenie i w razie potrzeby umożliwiało oderwanie się od nieprzyjaciela. Świadczyło to o tym że „Skiba” należycie ocenił swoje słabe siły. Rozkazy, które otrzymał poza określonym wyżej zadaniem nakazywały, mając na uwadze znaczenie stanu czujności, ograniczenie walki do minimum i podejmowanie jej tylko dla obrony ludności przed represjami Niemców.
Po spokojnej nocy, z nastaniem dnia, oddział prowadził dalej obserwację i ubezpieczanie nakazanych kierunków oraz patrolowanie miejscowości.
„…W godzinach popołudniowych – wspomina kpt. <<Skiba>> - nadjechał od strony Koszyc samochód ciężarowy, na którym znajdowało się około 20 niemieckich żołnierzy z Luftwaffenbau i kilka kobiet. Po zatrzymaniu żołnierzy przez oddział dyspozycyjny stwierdzono, że są to żołnierze rozbrojeni w Koszycach i puszczeni wolno.”
Dowódca oddziału dyspozycyjnego zatrzymał ich do czasu otrzymania od dowódcy batalionu potwierdzenia zwolnienia Niemców. „…W godzinach przedwieczornych tego samego dnia, przybył do Nowego Brzeska goniec d-cy batalionu – stwierdza <<Skiba>> - i powiadomił mnie, że zatrzymani Niemcy, od dłuższego czasu przebywali na terenie  Koszyc jako pomocniczy oddział wojsk lotniczych, że zachowywali się bardzo przyzwoicie w stosunku do ludności, że nie stawiali oporu, za wyjątkiem dwóch, przy rozbrajaniu, że większość z nich to Austriacy lub Holendrzy i że dlatego d-ca batalionu puścił ich wolno. Przyrzekłem zwolnić zatrzymanych w dniu następnym, gdyż zapadający wieczór nie sprzyjał temu.
Tego samego dnia przybył do Nowego Brzeska  oddział LSB i PKB, w łącznej sile około 20 ludzi, uzbrojonych w jeden sten i kb. Oddział przybył w godzinach wieczornych pod dowództwem <<Rolanda>> (Stanisław Szczepanik). Oświadczył on mi, że oddział jego pozostanie w Nowym Brzesku i zaproponował włączenie się do akcji zabezpieczenia osady przed ewentualnym atakiem niemieckim. Podałem mu do wyboru obsadzenie placówki od strony Krakowa lub Koszyc przy wlocie szosy do osady. Wybrał stronę miasta w kierunku Koszyc…”
W nowym składzie sił własnych „Skiba” przeniósł kwaterę swojego oddziału do jednopiętrowego, murowanego budynku Zarządu Gminy, odległego zaledwie o 50 m od ulicy łączącej szosy prowadzące do Krakowa i Koszyc. „…Po zakwaterowaniu oddziału – dodaje <<Skiba>> - przekazałem dowództwo nad nim plut. <<Kolbie>> (Tadeusz Biernacki) i około północy udałem się do swego mieszkania, położonego po przeciwnej stronie ulicy, w odległości około 80m od mp. oddziału, aby przebrać się, ogolić i pożywić…”
 
 
NIEMCY PRZEBIJAJĄ SIĘ PRZEZ NOWE BRZESKO
 
Na posterunku żandarmerii w Kazimierzy Wielkiej, mimo późnej godziny, nikt nie spał. W otoczeniu landkomisarza, żandarmerów, ukraińskich policjantów oraz chroniących się tam urzędników cywilnych, czuwał przy telefonie ciągle podniecony zaszłymi wypadkami, poważnie zaniepokojony zaistniałą sytuacją SS-Obersturmfuhrer Oberleutnant Carl, dowódca znanej nam już kompanii XXI Batalionu Policyjnego.
Denerwował się coraz bardziej, gdyż mimo upływu czterech godzin od chwili zapowiedzi wsparcia przez przełożonego z Krakowa, obiecana pomoc w sile kompanii z bronią maszynową nie nadchodziła, brak było również wiadomości telefonicznych na ten temat. Wreszcie o godzinie pierwszej w nocy otrzymał on wiadomość telefoniczną, o której tak pisał w swoim późniejszym meldunku:
„W dniu 27 lipca około godziny 1.00 zostałem wezwany do telefonu i powiadomiony, że wysłana na odsiecz kompania nie dała rady przedrzeć się i że mam próbować przebić się o wczesnej rannej godzinie do Krakowa.
W związku z tym dokonałem odprawy ze wszystkimi oficerami, w obecności landkomisarza. Po rozpatrzeniu przez nas wszystkich możliwości zdecydowałem się na natychmiastowy powrót autami do Krakowa przez Koszyce i Brzesko Nowe. Poleciłem przy tym rozładować załadowany złomem brązu samochód LKW, należący do miejscowej żandarmerii i obsadziłem go częścią załogi. Postarałem się również o samochód z cukrowni.
Dowódca plutonu ukraińskiego nie zgodził się na tego rodzaju powrót do Krakowa, uważając całe przedsięwzięcie za beznadziejne. Powziął zamiar pozostania na posterunku żandarmerii i zapewnienia mi bazy, w wypadku gdyby mi się przebicie nie powiodło. Nieliczni, obecni na posterunku żandarmerii starsi polscy policjanci zostali rozbrojeni i odesłani do domu.
Załadowaliśmy całą broń i amunicję. Landkomisarz nie chciał jechać z nami. Postanowił opuścić ten teren konną bryczką. Przydzieliłem załodze samochody, dając do dwóch pierwszych samochodów jednego zapasowego kierowcę, po czym wyruszyliśmy dwoma samochodami MLKW: 1 LKW, 1LKWZ z przyczepą, około godziny 4.00 w kierunku na Koszyce. W Koszycach zauważyłem, że budynek, w którym poprzednio mieścił się posterunek Wehrmachtu jest obsadzony przez bandytów. Tam też zauważono uzbrojonych mężczyzn.
Aż do wlotu od strony wschodniej, do Nowego Brzeska przeszła nam jazda bez starcia. W tym jednak momencie koło godziny 6.00 nastąpiło gwałtowne uderzenie ogniowe prowadzone z przyległych domów i ogrodów. Bandyci użyli jednego karabinu maszynowego, pistoletów maszynowych i granatnika.
Zatrzymaliśmy się na krótko zasypując ogniem bandytów, a następnie po załadowaniu na wóz naszego poległego kolegi Mannharta, kontynuowaliśmy jazdę dalej. Bezpośrednio za wjazdem
Z prawej strony. Znajdujący się z tyłu kolumny samochód ciężarowy, wjechał na minę, której ładunek rozprysnął  się na boki, dzięki czemu wóz nie został poważnie uszkodzony”.
Dowódca batalionu IV/120. pp AK „Niebora” (Stanisław Padło) wyjaśnia: „…Oddział niemiecki z którym stoczono walkę w Nowym Brzesku w dniu 27 lipca 1944r. był przepuszczony przez Koszyce bez walki oddziału dyspozycyjnego 2.kompanii z mojego rozkazu. Wiedziałem, że Niemcy zostali poinformowani przez Stutzpunkt w Kazimierzy Wielkiej o zajęciu Koszyc przez nasze oddziały, dlatego moment zaskoczenia sił npla na przedpolu Koszyc lub w samych Koszycach był wykluczony. Podjęcie walki z uprzedzonym nieprzyjacielem, który posiadał przewagę liczebną, przewagę w uzbrojeniu byłoby ryzykowne”.
Dowódca oddziału dyspozycyjnego kompanii 3/IV/120. Pp AK- stojącego na ubezpieczeniu w Nowym Brzesku w tym czasie – ppor. Rez. „Skiba” (Tadeusz Kowal) stwierdza: „Założeniem oddziału dyspozycyjnego od samego początku było unikanie wszelkiej działalności zbrojnej na terenie Brzeska Nowego, by nie narażać mieszkańców na represje. Oddział LSB, który wieczorem 26 lipca, przybył do Brzeska, zajął stanowiska na wschodnim krańcu osady, w stronę Koszyc, ukryty pomiędzy domami.
Rano 27 lipca, około godziny 7.00, gdy samochody z żandarmerią nadjechały od strony Koszyc i zatrzymały się przed ustawionym na szosie szlabanem, członkowie LSB oddali strzały do żandarmów, którzy wysiedli z samochodu celem usunięcia zapory. Bezpośrednio po oddaniu strzałów wycofali się pomiędzy domy, gdyż  żandarmi z wszystkich samochodów (było ich około 80-ciu) rozsypali się w tyralierę, otworzyli ogień i zamierzali w ten sposób zdobyć pozycję LSB. Prawdopodobnie na skutek braku oporu i ryzyka, jakie niosła taka taktyka walki, zwinęli szybko tyraliery, wsiedli na samochody”.
Dowódca 3/IV/120. pp AK ppor. rez. „Beteha” (Bohdan Thugutt) podaje bliższe dane o oddziale, który  zaatakował Niemców: „… Przy wjeździe do Nowego Brzeska Niemcy zostali zaskoczeni przez oddział dwudziestu paru żołnierzy LSB, PKB i BCH-AK (z II i III plutonu 3/IV/120. pp AK) pod dowództwem Stanisława Szczepanika z LSB. Oddział uzbrojony w kb, kilka pistoletów i jednego <<Stena>>, otworzył ogień do nadjeżdżających Niemców, zmusił do zatrzymania i walki…”
Dowódca oddziału dyspozycyjnego 3/IV/120. pp AK ppor. „Skiba”, zaalarmowany odgłosami walki pochodzącymi od strony Koszyc, usiłował przedostać się za ze swojego mieszkania do miejsca postoju swego oddziału, który znajdował się po drugiej stronie ulicy przelotowej Koszyce-Kraków.
„…Ostrzał ulicy był tak silny- relacjonuje <<Skiba>>- że przedostanie się na drugą stronę do oddziału było niemożliwe. Nim powziąłem decyzję co do postępowania, ulicą przejechał z ogromną szybkością samochód ciężarowy pełny żandarmów. Żandarmi w hełmach schyleni za burtę samochodu silnie się ostrzeliwali z broni maszynowej i rzucali granaty zaczepne. W odległości kilkudziesięciu metrów jechały jeszcze trzy samochody, równie szybko i tak samo się ostrzeliwując […] ogień ustał po przejechaniu ostatniego samochodu. Słychać było jeszcze strzały z daleka, gdyż Niemcy ostrzeliwali się przez całą drogę aż do Igołomi. Koło restauracji  Puchalskiego spotkałem żołnierzy oddziału dyspozycyjnego. Tam oddział zajął stanowiska. St. strz. z cenz. <<Pik>> (Kazimierz Amrogowicz) leżał martwy na ziemi. Dostał serię w okolicę serca. Mimo że należał do sekcji sanitarnej, przybywając w nocy razem z oddziałem na kwaterze, chwycił pierwszy z brzegu karabin i z odległości kilkudziesięciu kroków, ukryty za drzewem, strzelał do samochodów. Za jego przykładem pozostali żołnierze oddziału dyspozycyjnego wybiegli z budynku kwatery i mimo, że byli zaskoczeni odgłosami walki, nie orientując się zupełnie w sytuacji i sądząc, że to jest atak npla, samorzutnie zajmowali stanowiska za domami i drzewami, otwierając ogień z odległości kilkunastu kroków od przejeżdżających samochodów. Plut. <<Kolba>> (Zygmunt Biernacki) kierował żołnierzy na stanowiska i improwizował obronę. Starcie trwało ogółem nie więcej niż 15-20 minut. Całe postępowanie Niemców świadczyło o tym, że nie zamierzali pacyfikować osady, a tylko chcieli przejechać do Krakowa.
Trzech żandarmów z tyraliery na skrzydle od strony Wisły nie zdążyło wsiąść na samochody i ukryło się w krzakach nad rzeką. Jednego z nich rozbroił żołnierz oddziału plutonowy Luty ps. <<Lontek>>, pozostali dwaj uciekli. Zdobyto 1 kb i 2 granaty zaczepne…”
„Przebijaliśmy się przez miejscowość – melduje w dalszym ciągu Oberleutnant Carl – pod ustawicznym ogniem. W Igołomi zwróciłem się do stacjonującej tam jednostki wojsk lotniczych o pomoc dla trzech ciężko rannych, którzy w tej wymianie ognia ponieśli ciężkie obrażenia. Pomocy tej udzielono im. Jednak mimo energicznej akcji tamtejszego punktu sanitarnego nie udało się kolegów utrzymać przy życiu.
Otrzymawszy z tamtejszej jednostki wojsk lotniczych jeden lekki samochód, do przeholowania naszego poprzestrzelanego i niezdatnego już do jazdy MLKW, udałem się dalej w kierunku Krakowa. Koło godziny 11.00 przybyłem do miejsca naszego postoju. W starciu ogniowym 26 lipca padło trzech ze składu kompanii i jeden przynależny do wojsk lotniczych. W trakcie walki ogniowej w Brzesku Nowym dostał się do niewoli wachm. Rez. Eschenbacher. Zosatł on rozbrojony i po kilku godzinach zwolniony. Widział on, że bezpośrednio w miejscu napadu mieli bandyci sześciu zabitych. Prawdopodobnie są jeszcze większe straty.
Poniesionych przez bandytów w tej walce ogniowej strat nie udało się ustalić. Według oświadczenia jednego ze składu 63 plutonu żandarmerii zmotoryzowanej, który dostał się do niewoli, występowało przeciw nam ponad 400 bandytów. Poszczególne samochody otrzymały w czasie tego starcia ogniowego pewną ilość trafień.”
„Około godziny 8.00 – stwierdza <<Skiba>> -    przybył samochodem z Nagorzan d-ca kompanii ppor. <<Beteha>>. Oddział dyspozycyjny i LSB zebrały się koło Spółdzielni, gdzie d-ca kompanii zapoznał się z sytuacją. W tym czasie nadjechał motocyklem z przyczepą od strony Igołomi podoficer Luftwaffenbau, którego zatrzymali ppor. <<Beteha>> i <<Zefir>> (Jan Grzech) z PKB, podoficera zaś odstawiono do zatrzymanych poprzedniego dnia pod strażą jego kolegów z Koszyc.”
Niemcy, jak wynika z meldunku Oberleutnanta Carla, przeceniali zarówno siły i uzbrojenie partyzantów, jak i ich straty, zapewne nie tylko dlatego, że „strach ma wielkie oczy”, ale i dla łatwiejszego usprawiedliwienia swoich strat oraz ucieczki przed polskimi żołnierzami.
W Brzesku Nowym po stronie partyzantów, obok poległego w walce st. Strz. z cenz. „Pika”, zostały ranne dwie osoby cywilne, Irena Puchalska i Halina Gądzik mieszkanki Brzeska. Siły partyzanckie liczyły zaledwie 40 ludzi słabo uzbrojonych.
Wynik walki z przebijającymi się przez Brzesko Niemcami byłby w jakimś stopniu korzystny, gdyby nie skutki późniejszych nalotów bombardujących przez nasłane z Krakowa samoloty niemieckie.
Naloty te trafnie przewidział ppor. „Skiba” i już w obecności dowódcy kompanii i za jego akceptacją zakazał ewakuację mieszkańców Brzeska Nowego.
„Około godziny 9.00 poleciłem plut. <<Kolbie>>, aby z kilkoma żołnierzami O/Dysp. Obiegli osadę i wezwali wszystkich mieszkańców do opuszczenia Brzeska i schronienia się na terenie sąsiednich wsi – wspomina ppor. <<Skiba>>. – Spodziewałem się represji ze strony Niemców i chciałem ochronić ludność od jej skutków. Niemal wszyscy mieszkańcy Brzeska zastosowali się do wezwania i osadę opuścili, kierując się głównie do wsi Mniszów i okolicy. Wezwanie moje i zdyscyplinowanie ludności uratowały życie wielu obywateli osady.
W tym czasie poleciłem odwieźć do szpitala w Bochni ranną córkę właściciela restauracji, Puchalskiego. Ponieważ tereny za Wisłą były obsadzone przez Niemców dodałem jej do towarzystwa i dla bezpieczeństwa, rannego w ramię w Koszycach żołnierza niemieckiego…”
Pierwszy nalot samolotów niemieckich miał miejsce około godziny 17.00, następnie dwa godzinę później. „Skiba” tak wyjaśnia bliżej zaistniałą wówczas sytuację: „…Około godziny 14.00 d-ca kompanii odjechał do Nagorzan, po uzgodnieniu ze mną, że oddział dyspozycyjny pozostanie w Brzesku Nowym celem czuwania nad wymarłą osadą i stawienia oporu w razie ewentualnej próby pacyfikacji. Oddział liczył w tym czasie 20 żołnierzy, uzbrojonych w 6 Stenów i 12 kb. Zdawałem sobie sprawę, że wykonanie tego zadania będzie trudne lub wręcz niemożliwe. Niemcy nie będą pacyfikować osady 20-toma żołnierzami. W odległości o 11 km od Brzeska Nowego Igołomi, stacjonował oddział Luftwaffenbau w sile batalionu, a do Krakowa, gdzie była stolica Generalnej Guberni, było tylko 37km.
Zniknął również oddział LSB. Nikt teraz nie proponował wspólnej akcji przeciwko nieprzyjacielowi.
Kwaterą w tym czasie był rejon Spółdzielni i ogród za restauracją Puchalskiego. Kilku żołnierzy oddziału patrolowało osadę, kilku stało na posterunkach, a reszta odpoczywała i czyściła broń. Około godziny 15.00 poleciłem jeńców odstawić autem do Wawrzeńczyc…”
„Wszystkich jeńców puściliśmy wolno – stwierdza ppor. <<Beteha>> - oczywiście bez broni i środków lokomocji, odstawiając ich autem do wsi Wawrzeńczyc około 5 km od Igołomi. Mimo tak humanitarnego podejścia do jeńców ze strony AK nieprzyjaciel zbombardował Nowe Brzesko, używając lekkich bomb zapalających, ostrzeliwując nadto osadę z broni pokładowej. Zginęła wówczas od kuli niemieckiej Eleonora Bezegłów, sanitariuszka GL, przy której zwłokach znaleziono torbę z opatrunkami, z czego wynika, że szła z myślą niesienia pomocy rannym. Zginął Jan Zawartka, oraz ranne zostały dwie osoby cywilne.”
„…Około godziny 17.00 trzy samoloty – opisuje dalej w swoich wspomnieniach <<Skiba>> - po zrzuceniu ładunków lekkich bomb rozpryskujących, krążyły przez 40 minut nad osadą i z niskiego pułapu ostrzeliwały ją […]
Po nalocie, spodziewając się natarcia npla od strony Krakowa, zebrałem cały oddział koło ośrodka zdrowia, na skraju osady, aby w wypadku użycia dużych sił npla, wycofać się w pole i nie podejmować beznadziejnej walki. Zamiast spodziewanego natarcia nastąpił drugi nalot około godziny 18.00. Tym razem dwa samoloty zrzuciły bomby zapalające, a następnie przez kilkanaście minut prowadziły ogień z karabinów maszynowych.
Po zniknięciu samolotów okazało się, że skutki tego nalotu były dużo gorsze. W rynku płonęło kilka domów […] Płonęły sklepy […] Cały oddział rzuciłem do akcji gaszenia pożarów […] Sprawa jednak była beznadziejna. Dwudziestu ludzi nie było w stanie sprostać żywiołowi. Brudnych, spoconych, zmęczonych odpędził od ognia szum samolotów, które dokonały trzeciego i ostatniego nalotu w tym dniu. Tym razem już tylko bomby zapalające Była godzina koło dwudziestej. Żołnierze oddziału byli u kresu sił i wytrzymałości. Na noc wycofałem się z oddziałem do wsi Mniszów.”
„Beteha”, oceniając trud swojego oddziału dyspozycyjnego w tym dniu, obok „Skiby”, wyróżnia szczególnie spośród stanu bojowego czterech żołnierzy. „…Bezpośrednio w walce wyróżnili się: plut. <<Kolba>>, który jako zastępca d-cy, podczas jego chwilowej nieobecności, w ostatniej chwili zdążył ustawić na stanowiskach ogniowych nie zaprawionych w boju żołnierzy oraz strzelcy: <<Zorza>> (Ludwik Drąg) i <<Sosna>> (Stanisław Koza), którzy z wielką odwagą, mimo silnego ognia przejeżdżających żandarmów, skutecznie razili ich ze swoich stenów. Na największe wyróżnienie zasłużył sobie poległy st. Strz. <<Pik>>, który na odgłos strzałów pierwszy poderwał się do walki, dając w ten sposób przykład kolegom.”
„Skiba”, pamiętając o realiach tamtych czasów tak pisze: „…Taka wojna nie była dobrą szkołą dla młodych ludzi, większość z nich nie służyła w wojsku, a wojna 1939 roku przeszła koło nich szybko i fragmentarycznie. Nie wąchali prochu, nigdy nie zaznali prawdziwego trudu żołnierskiego rzemiosła ani koszarowej dyscypliny.
Na wojnę patrzyli przez różowe okulary. Było w nich dużo romantyzmu i patriotyzmu. Nie widzieli i nie wyobrażali sobie wojny z tej drugiej brutalnej i tragicznej strony. Wstrząs i rozczarowanie przyszły nagle. Wielu się załamało. W najbliższych dniach kilku opuściło oddział pod różnymi pozorami, przeważnie rodzinnymi. Nie odeszli do innych oddziałów, po prostu wycofali się z dalszej walki…”
W świetle zaistniałych faktów wniosek „Skiby” i akceptująca go decyzja dowódcy kompanii, dotyczące ewakuacji mieszkańców zagrożonego kontrakcją nieprzyjaciela Nowego Brzeska, jak również dalsze dozorowanie osady przez oddział dyspozycyjny, świadczą jak najlepiej o obydwu dowódcach. W pierwszej jednak fazie walki brakowało dwóch zasadniczych czynników taktycznych: należycie działającej łączności  i zaostrzonej czujności w oddziałach z nastawianiem dnia 27 lipca. Doświadczony przeciwnik wykorzystał do swojego szybkiego przejazdu wczesne godziny dnia, szybko przejechał przez Koszyce, zauważony przez partyzantów niemal w ostatniej chwili, a następnie w podobny sposób wjechał na ubezpieczenia w Nowym Brzesku. Działając przez zaskoczenie oraz szybkie i zdecydowane działanie zdołał się wydostać z nastawionej matni, mimo pewnych strat. Także brak stałej łączności z Koszycami  w tym czasie nie pozwolił na zaalarmowanie drogą telefoniczną garnizonu nowobrzeskiego o zbliżającym się od strony Koszyc nieprzyjacielu. Wkrótce potem łączność została usprawniona, co stwierdza „Beteha”: „…Kontakt mój z oddziałem dyspozycyjnym był codzienny, ja zaś otrzymywałem rozkazy od <<Niebory>> drogą telefoniczną, za pośrednictwem opanowanych przez AK centrali telefonicznych: Kazimierza Wielka i Koszyce, które łączyły mp. d-cy IV/120. pp na hasło 4-c”.
Trudno ocenić pozytywnie z punktu widzenia wojskowego jego niezdecydowany  stosunek do oddziału ppor. „Skiby”, utworzonego naprędce z różnych oddziałów pod egidą LSB. Brak było tu zdecydowanego podporządkowania się dowództwu wojskowemu, tj. ppor. „Skibie”, jako najstarszemu stopniem i doświadczeniem bojowym oficerowi AK.
Wiadomą jest bowiem rzeczą, akcentowaną we wszystkich regulaminach wojskowych, że pierwszym warunkiem, gwarantem powodzenia w walce jest jednolite dowództwo i związana z tym dyscyplina.
Gdyby takie jednolite dowodzenie istniało, oddział LSB nie rozpoczynałby walki na własną rękę z tak silnym nieprzyjacielem, co gorsze na terenie zamieszkałym przez ludność cywilną. Dowódca  tego oddziału musiałby podporządkować się rozkazom dowództwa AK, które zabraniało wyraźnie organizowania akcji w miejscowościach, z wyjątkiem oczywiście akcji kontrpacyfikacyjnych, tj. w obronie ludności cywilnej.  Można natomiast było, po wzajemnym porozumieniu się zorganizować taką akcję np. na drodze pomiędzy Koszycami a Nowym Brzeskiem, o ile pozwalałyby na to warunki terenowe i siły własne, a zwłaszcza ogniowe.
Obecność oddziału dyspozycyjnego IV/120. pp AK, miała zapewnić mieszkańcom Nowego Brzeska bezpieczeństwo przed elementami przestępczymi, chronić mienie publiczne od grabieży, zamanifestować istnienie armii podziemnej, która przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z okupantem, gdzie się da rozbraja posterunki i oddziały wroga, przeciwdziała jego represjom, dozoruje teren, rozpoznaje siły i ich rozmieszczenie, oczekuje hasła do wspólnej ofensywy z siłami zbliżającego się frontu wschodniego. Trudno też zrozumieć i wytłumaczyć odejście oddziału Ludowej Straży Bezpieczeństwa (LSB) z Nowego Brzeska bez uprzedzenia oddziału ppor. „Skiby” właśnie w momencie, kiedy potrzeba było zorganizować obronę ludności cywilnej przed okupantem.
  
 
 
 
 
30 LIPCA 1944 ROKU (NIEDZIELA) NIEMCY USIŁUJĄ ROZPOZNAĆ SIŁY PARTYZANTÓW W REJONIE  BRZESKA NOWEGO
 
Tego samego dnia, kiedy najbardziej wysunięty na północ oddział dyspozycyjny 120. pp AK pod dowództwem kpt. „Nemo”, po wycofaniu się z Pińczowa, zatrzymał się na postoju ubezpieczonym w Chrobrzu, najbardziej wysunięty w tym czasie oddział tego pułku z batalionu IV, w godzinach rannych, zajął nowe miejsce postoju, w odległości zaledwie około 3 km od Brzeska Nowego, we wsi Hebdów.
„…W dniach 28 i 29 lipca – jak zanotował w swoich wspomnieniach kpt. Tadeusz Kowal, dowódca O/Dysp, 3/IV/120, pp AK – samoloty niemieckie zrzucały na Brzesko Nowe i okoliczne pola płytki zapalające , wzniecając pożary zbóż i zabudowań. Ludność wróciła już do swoich domów i likwidowała skutki nalotów, nie dopuszczając do nowych pożarów. Niemcy codziennie podchodzili pod osadę, wycofując się na noc do Igołomii. Nie stosowano represji w stosunku do ludności. 30 lipca na rozkaz d-cy kompanii Oddział Dyspozycyjny przybył do wsi Hebdów, gdzie skoncentrowały się także oddziały miejscowe LSB i PKB. Koncentracja miała na celu próbę przeciwdziałania w wypadku pacyfikacji.” Dowódca kompanii ppor. „Beteha, który w tym czasie objął bezpośrednio dowództwo nad kompanijnym oddziałem dyspozycyjnym wyjaśnia bliżej w swojej relacji, że „… oddziały LSC i PKB, pod dowództwem powiatowego komendanta LSB <<Marka>> (Józef Guzik) i O/Dysp. 3/IV/120. pp AK, pod moim dowództwem, skoncentrowały się w folwarku i Kolonii Hebdów […] We wczesnych godzinach rannych Niemcy zrzucili z samolotów na Nowe Brzesko płytki zapalające. Miasto zaczęło płonąć. Na ratunek przybyły, poza miejscową strażą ogniową, straże okoliczne.
Około godziny 11.00 stwierdziłem w czasie zwiadu, na jaki udaliśmy się we dwóch na rowerach wraz z <<Markiem>> do płonącego po kolejnym nalocie Brzeska Nowego, że do miasta wjechali szperacze npla na motocyklach z przyczepami. Daliśmy więc rozkaz natychmiastowej ewakuacji straży ogniowych pochodzących spoza osady, aby ich wkraczający Niemcy nie wzięli za partyzantów i nie rozstrzelali. Na zachodnim skraju Kolonii Hebdów stały w pogotowiu oddziały dyspozycyjne kompanii oraz również 20 osobowy oddział LSB – PKB pod dowództwem plut. <<Wira>> (Władysław Pasternak). Nie mieliśmy jednak ani jednego karabinu maszynowego, bez którego walka z silną jednostką npla w polu, poza miejscowością, byłaby bezcelowa. Wysłane w kierunku Brzeska nasze patrole, skłoniły niepewnego co do naszej siły i ostrożności npla do zatrzymania się w rejonie tej miejscowości.” Kpt. „Skiba” wyjaśnia bliżej: „…Około godziny 12.00 na wschodnim skraju Brzeska Nowego, od strony Hebdowa, ukazały się samochody niemieckie, z których wyskakiwali żołnierze niemieccy i formowali tyralierę. Odległość od stanowisk naszych wynosiła około 1000m. Niemcy nie posuwali się naprzód, lecz trwali na swoich stanowiskach.” „…W godzinach popołudniowych samolot Storch wylądował na przedpolu – relacjonuje dalej kpt. <<Beteha>>. – Dwa patrole oddziału dyspozycyjnego, jakie wysłałem z zadaniem zniszczenia go, nie doszły do celu, gdyż samolot wzniósł się i odleciał nad Brzesko Nowe. Za chwilę ruszyła tyraliera  npla ze wschodniego skraju Brzeska, zaś szosą wyruszyło w kierunku Kolonii Hebdów kilka aut ciężarowych wyładowanych Wehrmachtem. Równocześnie wysłano przeciwko nam dwa samoloty, które ostrzelały nas z niskiego pułapu. Poległ wówczas żołnierz LSB <<Chodzisz>> (Mieczysław Sendek).”
„…Przewaga nieprzyjaciela była zbyt wielka, aby przyjąć walkę – stwierdza kpt. <<Skiba>> - Oddziały nasze rozpoczęły wycofywać się w stronę wsi Gruszów. Samolot ostrzeliwał wieś z niskiego pułapu. W sukurs przyszła nam burza, połączona z ulewnym deszczem, co ułatwiło wycofanie się do wsi Gruszów […] Niemcy zatrzymali się we wsi Hebdów, poszukując i rozpytując o partyzantów, lecz nie stosowali żadnych represji.”

„…W tej sytuacji doprowadziłem oddział dyspozycyjny do majątku Pławowice – oświadcza <<Beteha>>, gdzie zjedliśmy kolację, przeczekaliśmy deszcz, a stamtąd furmankami właściciela majątku Ludwika Hieronima Morstina do majątku Bobin, gdzie pozostał oddział pod dowództwem <<Skiby>>. Sam zaś udałem się do mojego m.p. Nagorzany, składając odpowiedni meldunek d-cy batalionu  […] Niemcy nie ważyli się iść dalej w teren Rzeczypospolitej i wieczorem wycofali się z Hebdowa do Igołomi. Oddział LSB-PKB <Wira>> wycofał się w stronę Wisły.” Stwierdzić należy, że działania przeprowadzone w tym dniu, dzięki zgodnym decyzjom dowódcy tego niedużego zgrupowania pododdziałów AK-LSB-PKB, dało dobre wyniki. Dzięki wytrwałemu dozorowaniu odcinka Hebdów przez połączone oddziały, a zwłaszcza dobrej znajomości zasad walki, napór nieprzyjaciela na wyzwolony teren został powstrzymany. Niemcy nabrali przekonania, że mają do czynienia z silnym przeciwnikiem.